
W 77 odcinku tureckiego serialu “Panna młoda” życie głównego bohatera zawiśnie na włosku. Cihan padnie ofiarą bezwzględnego zamachowca, a całe zdarzenie rozegra się na oczach przerażonej Hancer. Za śmiertelnym niebezpieczeństwem stoi Nusret, ojciec byłej żony Develioglu, który z żądzy zemsty postanowił zlikwidować dawnego zięcia. Zobacz, jak potoczą się losy bohaterów w 77 odcinku “Panna młoda”.
Poranek, który miał być dla Cihana i Hançer początkiem czegoś nowego, obudził się pod fałszywie łagodnym niebem. Morze było spokojne, światło miękkie, a wiatr niósł ze sobą ten rodzaj ciszy, który zwykle przychodzi po przełomie. Właśnie taka cisza unosiła się nad nimi po pierwszej wspólnej nocy, kiedy wszystko, co dotąd było niepewnością, niedopowiedzeniem i walką ze strachem, nagle zaczęło przybierać kształt czegoś bardziej prawdziwego. Cihan po raz pierwszy od dawna patrzył na Hançer nie jak na kobietę uwikłaną w okrutną grę losu, nie jak na pionek w rodzinnych planach, ale jak na tę jedyną osobę, przy której milczenie nie było ciężarem.
Hançer siedziała na brzegu łóżka, otulona porannym światłem wpadającym przez wysokie okno. Jej włosy spływały luźno na ramiona, a twarz, jeszcze przed chwilą ukryta w poduszce, miała w sobie coś delikatnego i kruchego. Cihan przez kilka sekund po prostu na nią patrzył. W jego spojrzeniu nie było ani chłodu, ani rezerwy, z których kiedyś słynął. Było zdumienie, ulga i coś jeszcze — ten cichy zachwyt, którego człowiek nie umie udawać.
— Dlaczego tak patrzysz? — zapytała cicho, wyczuwając na sobie jego wzrok. Uśmiechnął się ledwie zauważalnie. — Bo próbuję uwierzyć, że to nie jest sen. Hançer spuściła oczy, ale na jej ustach pojawił się nieśmiały uśmiech. — A jeśli jest? — W takim razie nie budź mnie — odpowiedział bez wahania. — Po raz pierwszy od lat nie chcę wracać do rzeczywistości.
Słowa te poruszyły w niej coś głębokiego. Jeszcze niedawno była przekonana, że Cihan nigdy nie otworzy przed nikim serca. Widział w ludziach interes, obowiązek, zagrożenie albo ciężar. Wszystko, tylko nie spokój. A teraz siedział obok niej, obejmował ją wzrokiem jak człowiek, który wreszcie odnalazł port po długim sztormie.
— Wczoraj w nocy… — zaczęła niepewnie. — Bałam się, że rano wszystko wróci do tego, co było wcześniej. Że znów zamkniesz się w sobie. Że uznasz to za błąd. Cihan odwrócił się do niej całym ciałem. — Hançer, ja przez siedem lat byłem martwy i nawet o tym nie wiedziałem. Dopiero przy tobie zrozumiałem, jak wygląda życie, kiedy człowiek nie tylko oddycha, ale naprawdę czuje. Nie pytaj mnie, czy to był błąd. Pytaj raczej, dlaczego pozwoliłem sobie żyć tak długo bez ciebie.
Zadrżała. Nie od chłodu, lecz od ciężaru tych słów. Przez chwilę nic nie mówiła. Po prostu wpatrywała się w jego twarz, jakby chciała sprawdzić, czy nie kryje się w niej cień wahania. Nie znalazła go. Zamiast tego zobaczyła spokój.
To właśnie dlatego, gdy kilka godzin później siedzieli razem na plaży przy śniadaniu, świat wydawał się niemal okrutnie piękny. Jakby los z rozmysłem rozjaśniał kolory, zanim zamierzał rzucić ich w ciemność. Na piasku rozłożono lekki stolik. Były świeże owoce, ciepłe pieczywo, herbata i ser. Fale rozbijały się rytmicznie o brzeg, a wiatr muskał białą chustę, którą Hançer przewiązała włosy. Cihan, oparty na łokciu, patrzył na nią z tym samym spokojem co rano.
— Nigdy nie jadłam takiego śniadania — przyznała z cichym śmiechem. — Zawsze wydawało mi się, że takie rzeczy są tylko w filmach albo w życiu ludzi, do którego ja nie należę. — To życie należy do ciebie tak samo jak do każdego innego — powiedział stanowczo. — I jeśli ktokolwiek kiedyś wmówił ci coś innego, kłamał. — Łatwo ci to powiedzieć. Ty zawsze miałeś siłę. — Nie — odparł. — Ja miałem tylko władzę. To nie to samo. Ty masz siłę, Hançer. Przeszłaś przez upokorzenia, chłód, lęk i nadal potrafisz patrzeć na świat bez nienawiści. Ja na twoim miejscu dawno zamieniłbym się w kamień. Hançer pokręciła głową. — Wcale nie. Jesteś lepszy, niż sam o sobie myślisz. Cihan zaśmiał się krótko, ale w jego oczach błysnęło wzruszenie. — Tylko ty potrafisz powiedzieć coś takiego mężczyźnie, który przez pół życia budził strach. — A tylko ty potrafisz patrzeć na mnie tak, jakby wszystkie moje rany nie miały znaczenia.
Przez moment po prostu siedzieli blisko siebie, a ich palce lekko się stykały. Gdyby ktoś wtedy spojrzeczał na nich z daleka, zobaczyłby dwoje ludzi szczęśliwych. Nie wiedziałby, że nad tym spokojem już krąży cień. Że w innej części miasta człowiek przeżarty gniewem właśnie podejmował decyzję, która miała zamienić ten poranek w ostatni akt niewinności.
Nusret nie spał całą noc. Siedział w półmroku swojego gabinetu, z twarzą napiętą jak lina gotowa pęknąć. Na stole stała niedopita herbata, dawno zimna. W jego domu unosiła się duszna cisza, przerywana jedynie odległym szlochem Beyzy, która od kilku dni żyła jak w malignie. Rozpacz po utracie Cihana nie złamała jej w ten szlachetny sposób, który budzi współczucie. Zatruła ją. Zrobiła z niej kobietę ślepą, rozedrganą, niezdolną do przyjęcia prawdy. Poprzedniego wieczoru weszła do pokoju ojca bez pukania. Włosy miała rozpuszczone, twarz bladą, a oczy przekrwione od płaczu.
— Siedem lat — powiedziała drżącym głosem. — Siedem lat byłam jego żoną. Siedem lat nosiłam jego nazwisko. Siedem lat czekałam choćby na jedno spojrzenie, które nie byłoby litością albo obowiązkiem. I wiesz, co mi powiedział? Że przez cały ten czas czuł do mnie tylko obojętność. Nusret milczał, ale jego szczęka zacisnęła się mocniej. — Obojętność! — krzyknęła Beyza, rzucając na stół szkatułkę, która rozpadła się z trzaskiem. — Nie nienawiść, nie gniew, nawet nie żal. Obojętność! Jakbym była nikim! Jakbym nie istniała! — Uspokój się — powiedział, choć sam ledwo panował nad sobą. — Nie chcę się uspokoić! — wyrzuciła z siebie. — Chcę, żeby cierpiał. Chcę, żeby choć raz poczuł to, co ja czuję każdego dnia. Chcę, żeby to jego świat się zawalił! Zbliżyła się do ojca, łapiąc go za rękaw. — Jeśli mnie kochasz, zrób coś. Nie patrz bezczynnie, jak ten człowiek buduje sobie szczęście na moich ruinach. Nie zniosę tego. Słyszysz? Nie zniosę!
Wtedy Nusret po raz pierwszy spojrzał na córkę nie jak na rozkapryszoną kobietę, która przegrała walkę o męża, lecz jak na dziecko, którego dusza zaczyna gnić od bólu. I właśnie wtedy w jego sercu coś się przełamało. Nie w stronę współczucia, ale zemsty. Nazajutrz jego decyzja była już gotowa.
Mężczyzna, którego spotkał w zrujnowanym magazynie na obrzeżach miasta, nosił imię Dżihan. Był wysoki, szeroki w barkach i miał w oczach coś niebezpiecznego — nie gniew, nie brawurę, ale zimny brak sumienia. Tego rodzaju mężczyźni nie pytali, czy ofiara zasłużyła. Interesowało ich tylko, ile można dostać za cudzą śmierć.
— Chcę, żeby zniknął — powiedział Nusret bez ogródek. Dżihan oparł się o stół i zmrużył oczy. — Ludzie, którzy mówią wprost, zwykle są albo bardzo odważni, albo bardzo zdesperowani. — Jestem ojcem. — To wyjaśnia desperację. Nusret rzucił na blat kopertę. Grubą. — Połowa teraz. Reszta po wszystkim. Dżihan nie dotknął pieniędzy od razu. — Nazwisko? — Cihan Develioğlu.
Przez ułamek sekundy w magazynie zapadła głucha cisza. — Gruby cel — mruknął najemnik. — Bogaty. Chroniony. Rozpoznawalny. Tacy ludzie nie giną łatwo. — Nie płacę ci za narzekanie. — A ja nie przyjmuję zleceń, których nie da się wykonać. Nusret nachylił się ku niemu. — Wykonasz je. Musisz tylko znaleźć moment, kiedy będzie sam. — Sam? — Dżihan zaśmiał się pod nosem. — Tacy ludzie nigdy nie są sami. — Będzie z żoną. To jeszcze lepiej. Chcę, żeby przed śmiercią zobaczył strach w jej oczach. Na twarzy Dżihana pojawił się cień zainteresowania. — Czyli to nie tylko robota. To osobiste. — Bardziej, niż jesteś w stanie zrozumieć. — W porządku — powiedział w końcu zabójca, biorąc kopertę. — Będę go obserwował. Kiedy nadarzy się okazja, skończę sprawę. — Nie zawiedź mnie. — To zależy od niego. Niektórzy ludzie umierają łatwo. Inni walczą jak zwierzęta. Nusret wyprostował się powoli. — Jeśli będzie walczył, tym bardziej zasłużył na śmierć.
Tymczasem w rezydencji Develioğlu napięcie rosło innym torem. Mukadder, jak zwykle czujna na każdy ruch, wyczuła niepokój, zanim jeszcze poznała jego źródło. Tego dnia kazała służbie zadbać o każdy szczegół, choć sama chodziła po salonie z twarzą zaciętą i chłodną. Wiedziała już, że między Cihanem a Hançer zaszła zmiana. Nie musiała widzieć ich razem, by rozpoznać prawdę. Wystarczyło, że syn po raz pierwszy od dawna zszedł rano z twarzą człowieka, który nie jest w stanie ukryć wewnętrznego spokoju.
To ją drażniło. Nie dlatego, że nie chciała jego szczęścia. Wmawiała sobie, że walczy o porządek, pozycję rodziny, przyszłość rodu. Ale prawda była dużo mniej szlachetna: nie znosiła, gdy cokolwiek wymykało się spod jej kontroli. A Hançer właśnie to robiła. Z dnia na dzień, cicho i bez wielkich gestów, zaczynała zajmować w życiu Cihana miejsce, którego Mukadder nie mogła już ignorować.
Kiedy więc do rezydencji wtargnął Nusret, kipiący wściekłością, Mukadder natychmiast zrozumiała, że sprawy zaszły za daleko. Wszedł bez zapowiedzi, z głośnym stukiem laski o marmur i wzrokiem płonącym gniewem.
— Gdzie jest twój syn? — warknął od progu. Mukadder uniosła brodę. — Nie przypominam sobie, żebym pozwoliła ci wchodzić do mojego domu i podnosić głos. — Twój dom? — rzucił z pogardą. — To przez ciebie wszystko tak się skończyło. Ty i ten twój wyniosły ród! Wzięliście moją córkę, zmieliliście ją w swoich interesach, a teraz wyrzuciliście jak śmieć! Mukadder zmrużyła oczy. — Twoja córka sama doprowadziła do tego, że Cihan przestał ją traktować poważnie. — Kłamiesz. — Nie. Po prostu w przeciwieństwie do ciebie patrzę na fakty. I radzę ci zrobić to samo, zanim doprowadzisz do skandalu, którego nie zdołasz już naprawić.
Nusret zbliżyła się o krok. — Skandal? Ty mówisz mi o skandalu, kiedy twój syn paraduje ze swoją nową żoną jak zakochany chłopiec? Myślałem, że to układ. Że ta dziewczyna ma tylko urodzić dziedzica i zniknąć. A on? On patrzy na nią jak człowiek opętany. Mukadder zesztywniała. Choć sama nie chciała tego przyznać, te słowa trafiły w czuły punkt. — To nie twoja sprawa — odpowiedziała chłodno. — Stała się moją sprawą w chwili, gdy moja córka przestała spać, jeść i mówić jak zdrowy człowiek. Wiesz, co zrobił jej twój syn? Odebrał jej resztki godności! — A twoja córka próbowała odebrać Hançer wszystko, zanim w ogóle weszła do tej rodziny — odcięła się Mukadder. — Więc nie przychodź tu udawać świętego ojca.
Na moment zrobiło się tak cicho, że służba wstrzymała oddech za półotwartymi drzwiami. Nusret zrozumiał, że nie osiągnie niczego otwartą kłótnią. Nie dziś. Jeszcze nie tutaj. Musiał ukryć prawdziwy cel. Cofnął się więc o krok, choć jego oczy nadal płonęły.
— Pamiętaj tylko jedno, Mukadder — powiedział niżej, groźniej. — Człowiek, którego zbyt długo się poniża, w końcu przestaje pytać o granice. — A człowiek, który żyje zemstą, zwykle kończy sam w ciemności — odpowiedziała. Nusret odwrócił się gwałtownie i wyszedł. Mukadder stała jeszcze długo nieruchomo, patrząc na zamknięte drzwi. Nie wiedziała, że wyrok już zapadł. Nie przeczuwała, że właśnie wypuściła z domu człowieka, który nie szukał już kłótni, ale krwi.
Po południu Cihan i Hançer jechali razem do siedziby firmy Develioğlu. Droga wiodła wzdłuż wybrzeża, potem odbijała ku bardziej pustym, kamienistym terenom. Samochód sunął płynnie, a wewnątrz panowała ta szczególna intymność, która rodzi się po nocy, gdy dwoje ludzi odsłoniło przed sobą więcej, niż planowali. Hançer odwróciła głowę ku oknu, ale w szybie widziała odbicie Cihana. Prowadził jedną ręką, drugą opierał luźno na dźwigni zmiany biegów. Spokojny. Silny. Bliski.
— O czym myślisz? — zapytał, nie odrywając wzroku od drogi. — O tym, że boję się być szczęśliwa. Lekko zmarszczył brwi. — Dlaczego? — Bo za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że los wreszcie przestał mnie karać, dzieje się coś, co przypomina mi, że nie wolno mi ufać spokojowi. Cihan spojrzał na nią krótko. — Przy mnie możesz. — Chciałabym. — Nie. — Jego głos stał się głębszy. — Nie „chciałabym”. Możesz. I dopóki oddycham, nikt cię nie skrzywdzi.
Te słowa padły z taką pewnością, że Hançer poczuła ukłucie wzruszenia. A jednak właśnie wtedy gdzieś za nimi, w odpowiednim odstępie, sunął inny samochód. Ciemny. Dyskretny. Prowadzony przez mężczyznę, który od rana śledził każdy ruch celu. Dżihan obserwował ich już wcześniej: na plaży, przy wjeździe do miasta, pod firmą. Szukał momentu. Chwili, kiedy bogaty panicz przestanie być niedostępnym nazwiskiem, a stanie się ciałem z krwi i kości. W jego fachu najważniejsza była cierpliwość. Śmierć nie znosi pośpiechu.
Kiedy Cihan po skończonych sprawach służbowych znów ruszył w drogę powrotną z Hançer, zapadał już późny wieczór. Niebo przygasło, a droga, którą wybrali, była mniej uczęszczana. Właśnie na to czekał zabójca. Najpierw zauważył ich w lusterku Cihan. Ciemny samochód utrzymywał odległość, ale nie znikał. Raz, drugi, trzeci. Develioğlu nie był człowiekiem naiwnym. Napiął się niemal niezauważalnie.
— Hançer — powiedział spokojnie. — Nie odwracaj się gwałtownie. Za nami od dłuższego czasu jedzie ten sam samochód. Zbladła. — Jesteś pewien? — Tak. — Co to znaczy? — Na razie jeszcze nic. Ale chcę się upewnić.
Przyspieszył lekko. Ciemny samochód także. Zwolnił. Tamten również. Hançer ścisnęła pas bezpieczeństwa tak mocno, aż pobielały jej knykcie. — Cihan… — Spokojnie. — Jego głos był twardy. — Cokolwiek się stanie, zrobisz dokładnie to, co ci powiem.
W pewnej chwili zjechał gwałtownie na pobocze, na pusty odcinek drogi osłonięty od miasta skałami i suchymi krzewami. Zatrzymał samochód. Hançer spojrzała na niego z niedowierzaniem. — Co robisz? Musimy stąd jechać! — Nie, jeśli ktoś chce nas dopaść. Lepiej skończyć to tutaj niż pozwolić, żeby ścigał nas dalej.
Samochód za nimi zatrzymał się kilka metrów dalej. Drzwi otworzyły się powoli. Z wysiadłej sylwetki biło coś tak groźnego, że Hançer natychmiast poczuła lodowaty skurcz w żołądku. — Zostań w środku — powiedział Cihan. — Nie! — Hançer, słuchaj mnie. Cokolwiek się stanie, nie wysiadaj.
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł z auta i zamknął drzwi. Stanął naprzeciw napastnika, szeroko, stabilnie, jak człowiek gotów przyjąć cios. Dżihan ruszył ku niemu wolno, z tym szyderczym spokojem zawodowca, który sądził, że ma pełną kontrolę.
— Cihan Develioğlu? — zapytał. — Kto pyta? — Człowiek, który przynosi ci wiadomość. — Od kogo? — Od kogoś, kto uważa, że zbyt długo chodziłeś po tym świecie bezkarnie.
Cihan zmrużyła oczy. — Jeśli masz coś do powiedzenia, mów. A jeśli chcesz mnie nastraszyć, wybrałeś zły dzień. Dżihan uśmiechnął się krzywo i rzucił się na niego bez ostrzeżenia. Pierwsze uderzenie było brutalne i szybkie, wymierzone w żebra. Cihan zdążył częściowo zablokować cios, ale siła napastnika była ogromna. Hançer krzyknęła w samochodzie i szarpnęła za klamkę, jednak drzwi były zablokowane od środka tylko częściowo; po sekundzie udało jej się je otworzyć.
— Nie! — zawołała przerażona. — Cihan! Mężczyźni zwarli się jak dwa drapieżniki. Dżihan próbował powalić przeciwnika brutalną przewagą fizyczną, ale szybko zrozumiał, że Develioğlu nie jest miękkim celem. Cihan walczył z chłodną, skupioną furią. Nie bił na oślep. Każdy jego ruch był celny, oszczędny, wyuczony nie na ulicy, lecz w życiu, które od dawna wymagało od niego odporności. Napastnik zamachnął się ponownie, ale Cihan odchylił się, chwycił jego nadgarstek i uderzył go łokciem w twarz. Rozległ się głuchy trzask. Dżihan zatoczył się, splunął krwią i ponownie ruszył do ataku. Tym razem sięgnął po metalowy przedmiot ukryty przy pasku. Hançer aż zamarła. — Cihan! Uważaj!
Ostrze błysnęło w półmroku. Develioğlu zdążył uchwycić rękę napastnika w ostatniej chwili. Przez kilka sekund siłowali się w śmiertelnym klinczu, twarzą w twarz, z wściekłością i wysiłkiem wypisanymi na czołach. Hançer widziała, jak mięśnie Cihana napinają się do granic możliwości. Nagle wykręcił przeciwnikowi nadgarstek z taką siłą, że nóż wypadł na ziemię. W następnej chwili Cihan uderzył go pięścią w skroń, potem jeszcze raz w brzuch, a na końcu zepchnął na pobocze. Dżihan runął na kolana, ale nie poddał się. Zaryczał i rzucił się jak oszalały, próbując obalić go ciężarem ciała. Obaj przewrócili się na ziemię. Kurz wzbił się w powietrze. Hançer, drżąc cała, pobiegła ku nim, choć każdy krok paraliżował ją ze strachu.
— Przestańcie! Błagam, przestańcie! Cihan zdołał odwrócić sytuację. Przygniótł napastnika kolanem do ziemi i zaczął okładać go z brutalną siłą, która wynikała już nie tylko z obrony, ale z wściekłości. Każdy cios był cięższy od poprzedniego. Dżihan próbował zasłaniać twarz, lecz był coraz słabszy. — Kto cię przysłał?! — ryknął Cihan, uderzając go ponownie. — Kto?! — Cihan, dosyć! — krzyczała Hançer przez łzy. — On umrze! Proszę, dosyć!
Ale Cihan jej nie słyszał, albo nie chciał słyszeć. W tej chwili walczył nie tylko z mężczyzną leżącym pod nim. Walczył z każdym cieniem, który próbował odebrać mu to, co dopiero co odnalazł. Z latami obojętności, z dawnymi upokorzeniami, z przeszłością, która nigdy nie pozwalała mu żyć spokojnie.
— Powiedz, kto ci kazał! — syknął, chwytając półprzytomnego napastnika za kołnierz. Dżihan roześmiał się krwawo. — Za późno… i tak cię dopadną… To zdanie wystarczyło, by gniew Cihana eksplodował jeszcze mocniej. Zamachnął się, lecz wtedy Hançer chwyciła go z tyłu za ramiona z całą siłą rozpaczy. — Cihan! Proszę! To nie ty! Nie stawaj się taki!
Jej głos, łamiący się, pełen strachu, w końcu do niego dotarł. Znieruchomiał. Oddychał ciężko, patrząc na zakrwawioną twarz przeciwnika, potem na drżące dłonie Hançer. Dżihan wykorzystał ten moment. Odepchnął go nogą, przetoczył się po ziemi i chwiejnym krokiem rzucił do samochodu. Cihan ruszył za nim, ale Hançer złapała go ponownie. — Nie! Nie zostawiaj mnie! Proszę!
Zatrzymał się. Sekundę później ciemny samochód z piskiem opon zniknął w tumanie pyłu. Zapadła ciężka, nierealna cisza. Hançer patrzyła na Cihana, a z jej oczu spływały łzy. Na jego policzku była krew, rozcięta warga i ślad po uderzeniu przy oku. On jednak zdawał się tego nie czuć. Patrzył w kierunek, w którym uciekł napastnik, z twarzą mroczną i nieprzeniknioną.
— On nas śledził — powiedział po chwili. — Od dawna. To nie był przypadek. — Kto to był? — wyszeptała Hançer. — Nie wiem. Odwrócił się do niej i dopiero wtedy dostrzegł, jak bardzo się trzęsie. Natychmiast jego twarz złagodniała. Podszedł i ujął jej ramiona. — Spójrz na mnie. Nic ci nie jest?
Nie mogła odpowiedzieć. Po prostu rzuciła mu się na szyję, jakby dopiero teraz rozumiała, jak blisko byli katastrofy. Cihan objął ją mocno. — Już dobrze. Już po wszystkim. — Nie, nie po wszystkim — wyszlochała. — Ten człowiek chciał cię zabić. Gdyby miał broń… gdybyś się spóźnił o sekundę… gdyby… — Ale się nie spóźniłem. — A jeśli wróci? Cihan spojrzał ponad jej ramieniem w noc. — Wróci. Albo on, albo ktoś inny. Tacy ludzie nie pojawiają się sami z siebie. Ktoś go przysłał.
To zdanie zawisło między nimi jak ostrze. W rezydencji, do której wrócili dużo później, atmosfera była gęsta od niepokoju. Służba natychmiast zauważyła obrażenia Cihana, a wieść rozeszła się szybciej niż ogień. Mukadder zeszła do hallu z twarzą bladą z napięcia.
— Co się stało? — rzuciła ostro, ale w głosie po raz pierwszy pobrzmiewał autentyczny lęk. Cihan zdjął marynarkę i rzucił ją na fotel. — Napad. — Napad? — Mukadder zamarła. — Gdzie? Kto? — Na pustej drodze. Jeden człowiek. Czekał na mnie. Hançer stała obok, wciąż roztrzęsiona. — On chciał go zabić — powiedziała cicho. — To nie był rabunek. Nie chciał pieniędzy ani samochodu. Od początku chodziło o Cihana.
Mukadder pobladła jeszcze bardziej. — Widziałeś go wcześniej? — Nie. — Powiedział coś? Cihan zacisnął szczękę. — Tylko tyle, że przynosi mi wiadomość od kogoś, kto uważa, że zbyt długo chodziłem bezkarnie po tym świecie.
Te słowa uderzyły w Mukadder dziwnym przeczuciem, ale nie umiała jeszcze nadać mu kształtu. Nusret. Jego wściekłość. Jego groźba. Jednak nawet ona nie była gotowa uwierzyć, że człowiek z dobrego domu mógł posunąć się do wynajęcia mordercy.
— To trzeba zgłosić policji — powiedziała stanowczo. — Zgłoszę — odparł Cihan. — Ale zanim to zrobię, sam chcę wiedzieć, kto za tym stoi. Hançer spojrzała na niego z przerażeniem. — Nie możesz znowu w to wchodzić sam. — Muszę. — Nie! — wyrwało jej się ostrzej, niż zamierzała. — Właśnie to robiłeś całe życie. Dźwigałeś wszystko sam, milczałeś, ryzykowałeś. A dzisiaj mogłam cię stracić!
W salonie zapadła cisza. Cihan patrzył na nią długo. W końcu podszedł bliżej i ściszył głos. — I dlatego właśnie nie pozwolę, żeby ten, kto za tym stoi, spróbował ponownie. — A jeśli to pułapka? — wyszeptała. — A jeśli chce cię sprowokować? — To już mu się udało — odpowiedział gorzko.
W innym domu, tej samej nocy, Nusret siedział w fotelu, czekając na wiadomość. Gdy zadzwonił telefon, jego serce zabiło szybciej. — Tak? Po drugiej stronie odezwał się ochrypły głos Dżihana. — Cel żyje. Twarz Nusreta stężała. — Jak to żyje?! — Okazał się twardszy, niż wyglądał. Nie tylko się bronił. Prawie mnie zabił. — Płacę ci za rezultat, nie za wymówki! — Uspokój się — warknął morderca. — Sprawa nie jest zamknięta. Teraz wiem, z kim mam do czynienia. Następnym razem nie podejdę do niego w ten sam sposób. Nusret oddychał ciężko. — Nie ma „następnym razem”. Masz to skończyć szybko. — Skończę. Ale cena rośnie. — Nie obchodzi mnie cena. — Powinna. Zemsta zawsze kosztuje więcej, niż człowiek planował.
Nusret rozłączył się bez słowa. W półmroku jego twarz wyglądała jak kamień. Nie było już w nim żadnego wahania. Nie obchodziło go, że pierwszy plan zawiódł. Najważniejsze było to, że przekroczył granicę, zza której nie było powrotu.
Nazajutrz Beyza zauważyła, że ojciec jest dziwnie milczący. Siedział przy stole, a jego palce uderzały rytmicznie o blat. — Coś się stało? — zapytała, próbując wyczytać odpowiedź z jego twarzy. Nusret spojrzał na nią powoli. — Nic, czego nie można jeszcze naprawić. — Mówisz jak ktoś, kto coś ukrywa. — A ty mówisz jak ktoś, kto wciąż rozdrapuje własne rany. Beyza zacisnęła usta. — Nie rozdrapuję ich. Po prostu nie umiem oddychać, kiedy myślę o nich razem. — Wiem. — Nienawidzę jej — wyszeptała. — Ale jego jeszcze bardziej. Bo to on sprawił, że stałam się nikim.
Nusret wstał i podszedł do okna. — Nie będziesz nikim. Obiecuję. Nie widziała jego twarzy. Nie wiedziała, jak blisko była prawda. Nie wiedziała też, że ta obietnica nie miała już nic wspólnego z rozsądkiem, a wszystko z szaleństwem ojca, który uznał cudzą śmierć za lekarstwo na ból własnego dziecka.
W domu Develioğlu po ataku nie było już miejsca na dawny spokój. Hançer nie odstępowała Cihana niemal na krok. Każdy dźwięk, każdy telefon, każdy samochód pod bramą wywoływał w niej nagły skurcz lęku. Nawet kiedy próbowała zachować pozory normalności, dłonie zdradzały ją lekkim drżeniem. Wieczorem weszła do jego gabinetu, gdzie siedział nad dokumentami, choć było jasne, że nie czyta ani jednego słowa. Stanęła w drzwiach i przez chwilę po prostu patrzyła.
— Znowu nie śpisz — powiedziała. Podniósł na nią wzrok. — Ty też. — Nie umiem. Odstawił pióro. — Chodź tutaj. Podeszła. Cihan wstał i delikatnie ujął jej twarz w dłonie. — Posłuchaj mnie. Ten człowiek mnie nie złamał. Nie dam mu też złamać ciebie. — To nie on mnie łamie — odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy. — Tylko myśl, że ktoś mógł cię odebrać w chwili, gdy dopiero zaczęłam wierzyć, że mogę cię mieć naprawdę. W jego spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, niemal bolesnego. — Masz mnie. — Jeszcze. — Zawsze. Pokręciła głową, a łzy znów napłynęły jej do oczu. — Nie składaj mi obietnic, których nie możesz kontrolować. Cihan przyciągnął ją do siebie. Oparła czoło o jego pierś. — Więc dam ci inną — powiedział nisko. — Nie będę już niczego przed tobą ukrywał. Jeśli to wojna, będziemy w niej razem.
Te słowa miały znaczenie większe, niż sam wtedy rozumiał. Bo atak na pustej drodze nie był końcem, lecz początkiem. Cihan wiedział już, że ktoś go obserwował, że ktoś cierpliwie czekał na okazję, że wszystko zostało zaplanowane. Nie znał jednak nazwiska człowieka, który wydał wyrok. Nie wiedział, że cień śmierci wyszedł nie z biznesowego świata, nie od dawnych rywali, lecz z domu kobiety, którą niegdyś nazywał żoną.
I właśnie ta niewiedza była najgroźniejsza. Bo Nusret nie przestawał. Jego gniew nie osłabł po nieudanym zamachu. Przeciwnie — rozrósł się, nabrał bardziej mrocznej formy. A Dżihan, upokorzony porażką, nie zamierzał zostawić sprawy niedokończonej. Teraz nie chodziło już tylko o pieniądze. Chodziło o honor najemnika i pychę człowieka, który został pokonany na oczach przerażonej kobiety.
Nad domem Develioğlu gromadziły się więc czarne chmury, choć jego mieszkańcy jeszcze nie znali pełni zagrożenia. Mukadder zaczynała coś przeczuwać. Hançer odczuwała to intuicyjnie całym ciałem. A Cihan, twardy jak zawsze, stawał coraz głębiej w samym środku niewidzialnej pułapki. Jedno było pewne: po wydarzeniach tej nocy nic już nie miało być takie samo. Miłość, która dopiero zdążyła zakwitnąć między nim a Hançer, została natychmiast wystawiona na próbę krwi i strachu. Wróg pokazał twarz, ale nie imię. Cios nie zabił, lecz otworzył bramę do większego koszmaru. A gdzieś w ciemności, poza zasięgiem ich wzroku, zemsta wciąż zbierała siły.